Herman Jednorożec

Herman Jednorożec
Hermansart

piątek, 31 października 2014

Fanfic Antygony - Tak!!!

No nie wierzę no, ale napisałam tego fanfica...!
Dziwny on, ale jest! Tak!
Bardzo proszę nie nad interpretować. Tan tekst stanowi tylko i wyłącznie pewną wizję artystyczną, nie ma na celu obrażenia NIKOGO. Wiem, jestem taka poprawnie politycznie... :D Zdaję sobie jednak sprawę, że są ludzie, którzy po prostu nie łapią aronii i biorą sobie niektóre treści do serca. Dlategóż oto piszę to oświadczenie. Niestety w wersji elektornicznej.


W tym miejscu mogę już tylko napisać - enjoy!

*~*

          Kreon wciąż czuł zapach spalenizny. Targany wiatrem dym, owiał jego szaty i wciąż unosił się w powietrzu. Siwe płatki popiołu osiadły na równie siwych skroniach władcy. Będzie musiał umyć włosy.
- Czy nie mogliśmy załatwić tego inaczej? - Zapytał, marszcząc przy tym ostentacyjnie nos. - No wiesz, by uniknąć tego całego... grilla...
- Panie, procedury królestwa Tebańskiego wyraźnie wskazują zasady postępowania w podobnych sytuacjach. Wielki Zwój, paragraf 12, wers 5: tradycja nakazuje...
- Dobrze, dobrze. Wiem przecież... ale... czy nie mogliśmy zalać go na przykład, no nie wiem, formaliną? Albo kwasem fluorowodorowym? Nie musiałbym się przebierać.
- Panie...? - Mina strażnika wyrażała zaniepokojenie.
- Nieważne... zapomnij.
           Szli wolnym krokiem w stronę lśniącego w świetle dnia zamczyska. Nie był to duży budynek: zaledwie 500 metrów kwadratowych przestrzeni mieszkalnej i 370 metrów kwadratowych ogrodów – miejsca obfitującego w bujne krzewy wonnych dalii i różnobarwnych azalii; miejsca rodzącego najlepsze owoce i przyciągającego najpiękniejszych śpiewaków świata zwierząt. Przemierzając te wielkie połacie ziemi, król szedł bez orszaku, w towarzystwie jedynie swego zaufanego strażnika. Ceremonia pogrzebowa Polinika była niezwykle wyczerpująca... Kreon marzył tylko o świerzych szatach i gorącej kąpieli... no i o żarełku.
        Wśród wysokich palm i drzew oliwnych koncertowały ptaki wszelakiej maści – od małych papużek po pelikany osiągające nawet wielkość człowieka. Wsłuchiwał się Kreon uważnie w tę muzykę Gai, gdy wtem coś niesamowicie irytującego, zmąciło jej spokój...
          Krzyk.
          Kreon zamrugał odruchowo. Nie przypominał sobie, by wydawał rozkaz krzyku. Musiało więc dziać się coś poważnego.
- Słyszałeś to? - Spytał dla pewności strażnika. Nigdy nie wiadomo co się może uroić.
- Owszem, panie – odpowiedział strażnik, chłodno jak zwykle.
- Taa... A domyślasz się może co to było?
- Mniemam, iż krzyk kobiety, panie.
- Kobiety? - Kreon doprawdy się zdziwił. To one umieją mówić? A tak. Eurydyka coś tam czasami przebąkiwuje, ale żeby aż krzyczeć? Nielekka to obraza dla królewskiego ucha. Kto więc by się na to odważył... chwila... - Antygony?!
- Niewykluczone, mój panie.
          Władca zatrzymał się w pół kroku. Krzyk równa się kłopoty. Kłopoty równają się problemy z rządzeniem. Problemy z rządzeniem równają się...
- Do lochów!

*~*

        Ciemność przestrzeni ulegała jedynie mocy pochodni, która niesiona przez strażnika wskazywała im drogę do celu. A raczej celi.
            Antygona, jako więzieni polityczny, została zamknięta w sektorze z uklepaną podłogą, jednak bez otynkowanych ścian. Mogła więc popaść w depresję, czy coś... Przynajmniej w mniemaniu Kreona, przywykłego do atłasowych obić. Antygona... Ta dziewczyna potrafiła doprowadzić go do szału.
            No tak, niby jest jego siostrzenicą, ta sama krew w ich żyłach i w ogóle, ale to nie upoważnia jej od razu do podważania jego rozporządzeń! Miał prawo ją przyskrzynić, ma też prawo do przywrócenia jej wolności, co z resztą i tak zamierzał uczynić. Lubił się droczyć z rodzinką.
- Który numer?
- Dwadzieścia cztery, panie. - Strażnik mrużył oczy od oślepiającej łuny ognia.
- Minęliśmy właśnie pięćdziesiąt siedem...
- Nie ja to projektowałem...
- ...Panie.
- Tak. To właśnie chciałem powiedzieć, panie.
         Kluczyli po ciemnym korytarzu jeszcze przez kilka chwil, aż doszli do zakratowanej celi numer dwadzieścia cztery. Krata była uszkodzona.
         Z mroku wyłoniła się klęcząca na ziemi postać, która w żalu ściskała dłońmi głowę. Oczywiście swoją. Kreon rozpoznał znajome rysy swego syna, Hajmona.
- Haj, co Ty tu robisz?! - zapytał grzecznie władca.
- Usłyszałem krzyk... przybiegłem... ujrzałem blask... aghraaa!!! - młodzieniec zakołysał się i upadł na starannie uklepaną posadzkę.
- Czy mam pobiec po medyka, sir?
- "Sir"? Wkraczamy na wyżyny oryginalności, co? To nie będzie konieczne.Wygląda na to, że mamy niewielkie zmiany w scenariuszu...
          Hajmon zaczął się turlać.
- Przygotowywałem się! Czyściłem klingę, pucowałem ostrze, umyłem włosy... ćwiczyłem nawet agonalny krzyk! Ghrrrrraaaaaaaaa!!!
       Strażnik, patrząc na niego z politowaniem, dodał swe 3 sztabki złota do tej jakże żywej rozmowy:
- Faktycznie, w tekście było inaczej, mości władco...
- No co Ty nie powiesz? Ominie mnie scena ze sztyletem... A tak ją lubię! Ech, niech tą Antygonę Hades pochłonie! - Wykrzyczał Kreon, po czym dołączył do Hajmona.
           To była naprawdę gładka podłoga.

*~*

- My, odrodzicielki nowej myśli! My, pogromczynie współczesnych uprzedzeń! Aż wreszcie my, kobiety, osiągnęłyśmy to, o czym inni mogą tylko marzyć – pokonałyśmy barierę czasu!
         W sali kongresowej w jednym momencie zawrzało od naładowanych entuzjazmem krzyków i pisków zgromadzonych kobiet. Wstawały z krzeseł, wiwatowały, podrzucały kapelusze, gwizdały i wymachiwały rękoma jakby były niespełna rozumu. Takaż to była euforia!
         Przewodnicząca z uśmiechem patrzyła na dzieło wspólnoty; na radość dającą satysfakcję. Nie próbowała uciszyć rumoru. Kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, same potrafią przywołać się do porządku, bez wszczynania wojen*.
          Po kilku głośnych minutach uwaga wszystkich zgromadzonych ponownie zwróciła się na postać przewodniczącej.
- Po wielu próbach i staraniach, po wielu godzinach wysiłku, zarówno umysłowego jak fizycznego, wylanych łzach i poświęconych radościach, w końcu nadeszła ta największa – osiągnęłyśmy nasz cel!
          Kolejna fala wrzawy zapanowała nad zgromadzeniem. Takie słowa niezwykle budują poczucie wspólnoty, toteż można było dostrzec grupowe owacje i radosne uściski. Nikt na sali nie pozostał obojętny wobec tego, co właśnie działo się na ich oczach.
- Oto udało nam się samodzielnie opracować, a następnie zbudować pojazd w zupełności zdolny do pokonywania największej potęgi świata – czasu!
      Chyba nie trzeba dodawać, że po raz kolejny kobiety uniosły się w niewysłowionej, lecz wykrzyczanej euforii.
- Tak! My, kobiety! - Przewodnicząc pionowymi ruchami dłoni podgrzewała jescze bardziej atmosferę, by po chwili znów przemówić - Któż jednak opiszę lepiej wyniki naszej pracy, niż jej główna wykonawczyni – oto Siuzan Welkenfajer!
           Siuzan wyszła na środek i od razu poczuła, że wrzawa zmalała. Może to dlatego, że nie nosiła typowej dla zgromadzenia różowej miniówki... Zwykły uniform według niej wystarczył.
- Witam - mikrofon wydał ten dziwny i przygłuszający dźwięk, gotowy przyćmić nawet największego mówcę. Siuzan na szczęście, lub też na nieszczęście, do nich nie należała. Wyciągnęła z przyniesionej ze sobą teczki plik spiętych kartek i zaczęła jednostajnie czytać - My, kobiety, jesteśmy dumne z bycia kobietami. Jako kobiety osiągnęłyśmy cel, czyli podróż w czasie, co umożliwiło nam zdobycie nowej wiedzy o świecie i o nas, kobietach. Najnowszym przedsięwzięciem w programie podróży w czasie było sprowadzenie do XXI wieku naszej protoo - Siuzan zawahała się. Spojrzała nerwowo w stronę przewodniczącej, ta tylko kiwnęła głową. - protoplaszczyni. Jest dziś z nami. Z nami kobietami. I wraz z naszą szacowną panią przewodniczącą – (ich szacowna pani przewodnicząca podniosła w tej chwili dłoń do piersi, jakby chciała rzec: kochani, jestem tylko prostą wieśniaczką, nie wielbcie mnie tak na kolanach, błagam!) - która dopomogła w realizacji całego programu podróży w czasie. Ona to, najlepiej rozumie nasze potrzeby, nas kobiet, ona... - W tym momencie nastąpiła bardzo długa przemowa o charakterze propagandowym, narrator jest więc zobowiązany do jej pominięcia. - ...ale przede wszystkim dziś liczy się nasz gość, czyli świetnie nam wszystkim znana...
            Przewodnicząca nie mogła się powstrzymać, odebrała Siuzan mikrofon i wykrzyczała:
- ANTYGONA!
            Kobiety osłupiały... I słusznie.
          Na salę została wprowadzona wątła kobieta z muślinową chustą na szyi. Sprawiała wrażenie śpiącej. Gdy usadzono ją na krześle, grupa medyków – KOBIET - podała jej tajemniczy specyfik, który ocucił dziewczynę ze snu. 
            Antygona rozwarła powieki i od razu pomyślała jedno: Hades nieźle się urządził!
            Nim mrugnęła raz kolejny usłyszała:
- WITAMY NA WIELKIM WIECU GYNAJEK – TWYCH NAJWIĘKSZYCH FANEK!
            Po czym zgiełk zawładnął salą.

*~*

To Wy, a szczególnie Ania.


Odnoszę wrażenie, że jest to zakończenie otwarte, dlatego bardzo proszę o wsparcie (o ile komukolwiek się to podoba...). Gwiazdeczką (*) oznaczyłam zdanie, o które bardzo proszę się nie obrażać :3 
No, to tyle na dziś.
I nawet nie myślcie, że to z okazji haloweenuw. 

Really? I'm not such dumb. *poliglota mode*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz