No nie wierzę no, ale napisałam tego fanfica...!
Dziwny on, ale jest! Tak!
Bardzo proszę nie nad interpretować. Tan tekst stanowi tylko i wyłącznie pewną wizję artystyczną, nie ma na celu obrażenia NIKOGO. Wiem, jestem taka poprawnie politycznie... :D Zdaję sobie jednak sprawę, że są ludzie, którzy po prostu nie łapią aronii i biorą sobie niektóre treści do serca. Dlategóż oto piszę to oświadczenie. Niestety w wersji elektornicznej.
W tym miejscu mogę już tylko napisać - enjoy!
*~*
Kreon wciąż
czuł zapach spalenizny. Targany wiatrem dym, owiał jego szaty i
wciąż unosił się w powietrzu. Siwe płatki popiołu osiadły na
równie siwych skroniach władcy. Będzie musiał umyć włosy.
- Czy nie
mogliśmy załatwić tego inaczej? - Zapytał, marszcząc przy tym
ostentacyjnie nos. - No wiesz, by uniknąć tego całego... grilla...
- Panie,
procedury królestwa Tebańskiego wyraźnie wskazują zasady
postępowania w podobnych sytuacjach. Wielki Zwój, paragraf 12, wers
5: tradycja nakazuje...
- Dobrze,
dobrze. Wiem przecież... ale... czy nie mogliśmy zalać go na
przykład, no nie wiem, formaliną? Albo kwasem fluorowodorowym? Nie
musiałbym się przebierać.
- Panie...? -
Mina strażnika wyrażała zaniepokojenie.
- Nieważne...
zapomnij.
Szli wolnym
krokiem w stronę lśniącego w świetle dnia zamczyska. Nie był to
duży budynek: zaledwie 500 metrów kwadratowych przestrzeni
mieszkalnej i 370 metrów kwadratowych ogrodów – miejsca
obfitującego w bujne krzewy wonnych dalii i różnobarwnych azalii;
miejsca rodzącego najlepsze owoce i przyciągającego
najpiękniejszych śpiewaków świata zwierząt. Przemierzając te
wielkie połacie ziemi, król szedł bez orszaku, w towarzystwie
jedynie swego zaufanego strażnika. Ceremonia pogrzebowa Polinika
była niezwykle wyczerpująca... Kreon marzył tylko o świerzych
szatach i gorącej kąpieli... no i o żarełku.
Wśród
wysokich palm i drzew oliwnych koncertowały ptaki wszelakiej maści
– od małych papużek po pelikany osiągające nawet wielkość
człowieka. Wsłuchiwał się Kreon uważnie w tę muzykę Gai, gdy
wtem coś niesamowicie irytującego, zmąciło jej spokój...
Krzyk.
Kreon zamrugał
odruchowo. Nie przypominał sobie, by wydawał rozkaz krzyku. Musiało
więc dziać się coś poważnego.
- Słyszałeś
to? - Spytał dla pewności strażnika. Nigdy nie wiadomo co się
może uroić.
- Owszem, panie
– odpowiedział strażnik, chłodno jak zwykle.
- Taa... A
domyślasz się może co to było?
- Mniemam, iż
krzyk kobiety, panie.
- Kobiety? -
Kreon doprawdy się zdziwił. To one umieją mówić? A tak. Eurydyka
coś tam czasami przebąkiwuje, ale żeby aż krzyczeć? Nielekka to
obraza dla królewskiego ucha. Kto więc by się na to odważył...
chwila... - Antygony?!
- Niewykluczone,
mój panie.
Władca zatrzymał się w pół kroku. Krzyk równa się kłopoty. Kłopoty równają się
problemy z rządzeniem. Problemy z rządzeniem równają się...
- Do lochów!
*~*
Ciemność
przestrzeni ulegała jedynie mocy pochodni, która niesiona przez
strażnika wskazywała im drogę do celu. A raczej celi.
Antygona, jako
więzieni polityczny, została zamknięta w sektorze z uklepaną
podłogą, jednak bez otynkowanych ścian. Mogła więc popaść w
depresję, czy coś... Przynajmniej w mniemaniu Kreona, przywykłego
do atłasowych obić. Antygona... Ta dziewczyna potrafiła
doprowadzić go do szału.
No tak, niby
jest jego siostrzenicą, ta sama krew w ich żyłach i w ogóle, ale
to nie upoważnia jej od razu do podważania jego rozporządzeń!
Miał prawo ją przyskrzynić, ma też prawo do przywrócenia jej
wolności, co z resztą i tak zamierzał uczynić. Lubił się
droczyć z rodzinką.
- Który numer?
- Dwadzieścia
cztery, panie. - Strażnik mrużył oczy od oślepiającej łuny
ognia.
- Minęliśmy
właśnie pięćdziesiąt siedem...
- Nie ja to
projektowałem...
- ...Panie.
- Tak. To
właśnie chciałem powiedzieć, panie.
Kluczyli po
ciemnym korytarzu jeszcze przez kilka chwil, aż doszli do
zakratowanej celi numer dwadzieścia cztery. Krata była uszkodzona.
Z mroku
wyłoniła się klęcząca na ziemi postać, która w żalu ściskała
dłońmi głowę. Oczywiście swoją. Kreon rozpoznał znajome rysy
swego syna, Hajmona.
- Haj, co Ty tu
robisz?! - zapytał grzecznie władca.
- Usłyszałem
krzyk... przybiegłem... ujrzałem blask... aghraaa!!! - młodzieniec
zakołysał się i upadł na starannie uklepaną posadzkę.
- Czy mam
pobiec po medyka, sir?
- "Sir"?
Wkraczamy na wyżyny oryginalności, co? To nie będzie
konieczne.Wygląda na to, że mamy niewielkie zmiany w scenariuszu...
Hajmon zaczął
się turlać.
- Przygotowywałem
się! Czyściłem klingę, pucowałem ostrze, umyłem włosy...
ćwiczyłem nawet agonalny krzyk! Ghrrrrraaaaaaaaa!!!
Strażnik,
patrząc na niego z politowaniem, dodał swe 3 sztabki złota do tej
jakże żywej rozmowy:
- Faktycznie, w
tekście było inaczej, mości władco...
- No co Ty nie
powiesz? Ominie mnie scena ze sztyletem... A tak ją lubię! Ech, niech tą Antygonę Hades pochłonie! - Wykrzyczał Kreon, po czym
dołączył do Hajmona.
To była
naprawdę gładka podłoga.
*~*
- My,
odrodzicielki nowej myśli! My, pogromczynie współczesnych
uprzedzeń! Aż wreszcie my, kobiety, osiągnęłyśmy to, o czym
inni mogą tylko marzyć – pokonałyśmy barierę czasu!
W sali
kongresowej w jednym momencie zawrzało od naładowanych entuzjazmem krzyków i pisków zgromadzonych kobiet. Wstawały z krzeseł,
wiwatowały, podrzucały kapelusze, gwizdały i wymachiwały rękoma
jakby były niespełna rozumu. Takaż to była euforia!
Przewodnicząca
z uśmiechem patrzyła na dzieło wspólnoty; na radość dającą
satysfakcję. Nie próbowała uciszyć rumoru. Kobiety, w
przeciwieństwie do mężczyzn, same potrafią przywołać się do
porządku, bez wszczynania wojen*.
Po kilku
głośnych minutach uwaga wszystkich zgromadzonych ponownie zwróciła się na postać przewodniczącej.
- Po wielu
próbach i staraniach, po wielu godzinach wysiłku, zarówno
umysłowego jak fizycznego, wylanych łzach i poświęconych
radościach, w końcu nadeszła ta największa – osiągnęłyśmy
nasz cel!
Kolejna fala
wrzawy zapanowała nad zgromadzeniem. Takie słowa niezwykle budują
poczucie wspólnoty, toteż można było dostrzec grupowe owacje i
radosne uściski. Nikt na sali nie pozostał obojętny wobec tego, co
właśnie działo się na ich oczach.
- Oto udało nam się samodzielnie opracować, a następnie zbudować pojazd w
zupełności zdolny do pokonywania największej potęgi świata –
czasu!
Chyba nie
trzeba dodawać, że po raz kolejny kobiety uniosły się w
niewysłowionej, lecz wykrzyczanej euforii.
- Tak! My,
kobiety! - Przewodnicząc pionowymi ruchami dłoni podgrzewała jescze
bardziej atmosferę, by po chwili znów przemówić - Któż jednak opiszę lepiej wyniki naszej
pracy, niż jej główna wykonawczyni – oto Siuzan Welkenfajer!
Siuzan wyszła
na środek i od razu poczuła, że wrzawa zmalała. Może to dlatego,
że nie nosiła typowej dla zgromadzenia różowej miniówki...
Zwykły uniform według niej wystarczył.
- Witam -
mikrofon wydał ten dziwny i przygłuszający dźwięk, gotowy
przyćmić nawet największego mówcę. Siuzan na szczęście, lub
też na nieszczęście, do nich nie należała. Wyciągnęła z
przyniesionej ze sobą teczki plik spiętych kartek i zaczęła jednostajnie czytać - My, kobiety, jesteśmy dumne z bycia kobietami. Jako kobiety
osiągnęłyśmy cel, czyli podróż w czasie, co umożliwiło nam
zdobycie nowej wiedzy o świecie i o nas, kobietach. Najnowszym
przedsięwzięciem w programie podróży w czasie było sprowadzenie
do XXI wieku naszej protoo - Siuzan zawahała się. Spojrzała nerwowo
w stronę przewodniczącej, ta tylko kiwnęła głową. -
protoplaszczyni. Jest dziś z nami. Z nami kobietami. I wraz z naszą
szacowną panią przewodniczącą – (ich szacowna pani
przewodnicząca podniosła w tej chwili dłoń do piersi, jakby
chciała rzec: kochani, jestem tylko prostą wieśniaczką, nie
wielbcie mnie tak na kolanach, błagam!) - która dopomogła w
realizacji całego programu podróży w czasie. Ona to, najlepiej
rozumie nasze potrzeby, nas kobiet, ona... - W tym momencie nastąpiła
bardzo długa przemowa o charakterze propagandowym, narrator jest
więc zobowiązany do jej pominięcia. - ...ale przede wszystkim dziś
liczy się nasz gość, czyli świetnie nam wszystkim znana...
Przewodnicząca
nie mogła się powstrzymać, odebrała Siuzan mikrofon i
wykrzyczała:
- ANTYGONA!
Kobiety
osłupiały... I słusznie.
Na salę
została wprowadzona wątła kobieta z muślinową chustą na szyi.
Sprawiała wrażenie śpiącej. Gdy usadzono ją na krześle, grupa
medyków – KOBIET - podała jej tajemniczy specyfik, który ocucił
dziewczynę ze snu.
Antygona
rozwarła powieki i od razu pomyślała jedno: Hades nieźle się urządził!
Nim mrugnęła
raz kolejny usłyszała:
- WITAMY NA
WIELKIM WIECU GYNAJEK – TWYCH NAJWIĘKSZYCH FANEK!
Po czym zgiełk zawładnął salą.
*~*
| To Wy, a szczególnie Ania. |
Odnoszę wrażenie, że jest to zakończenie otwarte, dlatego bardzo proszę o wsparcie (o ile komukolwiek się to podoba...). Gwiazdeczką (*) oznaczyłam zdanie, o które bardzo proszę się nie obrażać :3
No, to tyle na dziś.
I nawet nie myślcie, że to z okazji haloweenuw.
Really? I'm not such dumb. *poliglota mode*